Wdech. Wydech. Rytm.

Zamykam oczy, biorę głęboki wdech, wypuszczam powietrze. Trochę kręci mi się w głowie, ale jest mi dobrze. Zmiana.  Płynne przejście, jak efekty w power poincie. Takie lekkie, wyspane wejście w Nowy Rok. Bez odcinania grubą kreską poprzedniego roku i stawiania sobie celów na ów, który nadszedł. Wdech, wydech. Rytm. Nowe tempo.

W moim nowym kalendarzu znalazłam wycinek, który mówi: Ja, niestabilna cząsteczka. Jeszcze w listopadzie poczułam, że to o mnie. Tak bardzo o mnie. Utulałam ten wycinek każdą cząsteczką duszy. A dzisiaj, wiem, że nie, nie pasuje. Świat zwolnił, a może on gna tak, jak i wcześniej gnał, a ja zwolniłam. I kiedy tak wolniej sobie żyję, jest mi dobrze, lepiej. Podoba mi się to, że nie muszę za niczym gonić. Wdech, wydech. Łyk wody. Nie muszę gonić. Leżę, coraz więcej leżę, odpoczywam. O D P O C Z Y W A M. To jest wspaniałe i żałuję, że tak rzadko robiłam to wcześniej. Coraz mniej myślę o nim, o nich. Wdech, wydech. Rytm. Ulatują z moich myśli wraz z wypuszczanym powietrzem. Uśmiecham się do lustra i ten uśmiech mi się podoba. Lubię tę dziewczynę z odbicia. Lubię siebie w tej prędkości 0,75. Okazuje się, że jak nie będę tak się wszędzie spieszyć i biegać nerwowo, zbierając  po rogach mebli i stołu siniaki na udach, jak Pacman te swoje kropki, to świat się nie zawali. Świat nie zauważał tego mojego pośpiechu, ale ja zauważam, że mi jest lepiej, kiedy go nie ma. Wdech, wydech. Lubię to tempo. Im mniej muszę, tym więcej mogę. Im mniej punktów na liście codziennych „to do” odhaczam, tym mniej we mnie frustracji.

Nie odcinam zeszłego roku, bo chociaż ostatnie dwa miesiące były zaskakujące, to ostatecznie przyniosły dużo dobrego. Jeszcze chwila do celu, a ja już dzisiaj wiem, że na wiosnę nie przyspieszę nagle, bo teraz jest mi dobrze i, co się może wydawać dziwne, bezpiecznie, po co więc zmieniać to, co jest w porządku?

Oddycham. Wdech, wydech. Zamknięte oczy. Uśmiecham się do siebie. I na miłość też będzie czas. Już wiem, że nie musi być już, teraz. Nic dobrego mi nie zostało z tych nerwowych poszukiwań. Złudzenia są ciężkostrawne. A ja mogę jeść tylko lekko. Łyk wody. Chłodna woda rozlewa się po przełyku.

Próbowałam ostatnio powstrzymać łzy, ale sama nie wiem po co. Zatrzymałam je w sobie, aż przez ścisk w gardle nie mogłam oddychać. Rozluźniłam mięśnie, napięcie spłynęło kanalikami łzowymi. Pozwoliłam sobie na tę chwilę niesłabości. Zrobiło mi się lekko na duszy. Zatrzymane łzy bolą. Płacz, wdech, wydech. Rytm. Oddech. Równomierny. Sen.

Dokąd się spieszysz?

Czułość. Właśnie tego mi zabrakło. Te ukradzione godziny, pełne były pospiechu, a zupełnie pozbawione czułości. Szybkie, zachłanne pocałunki, wydzieranie sobie przyjemności, przechylanie jej szali na własną stronę. Niezgrabny dotyk, uciekający czas. Pośpiech, to on wszystko mi zepsuł. Napełnił niespełnieniem. Brakiem tego, czego mi potrzeba.

A później nastało milczenie.

Trwa nadal.

Już tak zostanie.

Nie miałam głowy do analiz. Teraz, kiedy poczułam się lepiej, obrazy i pytania wróciły. Rozłożę to na czynniki pierwsze i zapomnę… Rozmyje się w pamięci… Zawsze się rozmywa.

Poczucie bycia nieatrakcyjną też zniknie.

A głowę zajmie ktoś inny, chociaż wolałabym zamiast takiego schematu, coś zwyczajnego, spokojnego i prawdziwego. Po raz kolejny przekonałam się, czego nie szukam. To, czego pragnę, potrzebuję, po raz kolejny zabolało nieobecnością.

Chwilowo się wyłączam. Ogarnę te ważne sprawy i wtedy dam się znaleźć tej normalności, czułości i stałości. Ostatnie dwa miesiące pokazały mi, że mogę pozwolić sobie na słabość. Nie muszę być zawsze silna, nie muszę wszystkiego robić sama. Mam wokół siebie fantastycznych ludzi, którzy mi pomogą, wesprą słowem i okażą troskę. To właśnie w tym zawiera się moje szczęście. Nie ma w moim życiu samotności. Jest ogrom wdzięczności.

Jestem sama, ale nie samotna. A na miłość zawsze jest czas. Odkładam marzenie o niej na wiosnę. Wtedy już wszystko powinno się ułożyć 🙂

Szkło bezpieczne

Samotność. Liczę ją w pustych godzinach, centymetrach kwadratowych chłodnej pościeli i smutnych uśmiechach posyłanych w próżnię. W ostatnich dniach, poczułam ją bardziej, mocniej.

Ostatni czas był bardzo dziwny, nieuporządkowany, trochę było w nim szaleństwa i trochę radości. Najwięcej poczucia bezradności i smutku. Pierwszy raz od lat, mogę powiedzieć jedynie tyle, że listopad okazał się chujowy. Przynajmniej dwie pierwsze jego dekady.

Dostałam od sióstr, na urodziny, kalendarz „Wycinków w termosie”. Cudowny prezent. Przekartkowałam, ulubiłam sobie prawie wszystkie wycinki. Pierwszy, na którym otworzyłam, brzmiał: „Ja. Niestabilna cząsteczka”. Jakże to idealnie pasuje. Szukam dla siebie pomysłu, drogi, sposobu, aby się wyrwać w tego co jest teraz. Koleżanka powiedziała, że teraz jest dla nas najlepszy czas. Szkoda go tracić, będąc tak zagubioną. Już jakiś czas próbuję przykucnąć gdzieś w kącie i uporządkować myśli. Ale nie mogę, nie potrafię. Ciągle gdzieś gonię, albo przed czymś uciekam. Zabieram sobie czas, poświęcając go pracy, albo jakiemuś nieefektywnemu grzebaniu w odmętach social mediów. I po raz dziesiąty słuchając urwanej wiadomości głosowej od kogoś, kto jest niedostępny. Nigdy nie będzie. Trochę się dałam złapać na te wszystkie komplementy. Trochę na tę rozmowę. A przecież nie było podtekstów.  Przynajmniej na początku. Skończyło się. Już nie ma tematu. Bez wyjaśnień. Może tak lepiej.

Zamyślam się, zastygam w bezruchu. Wpatrzona w ścianę, odpływam w myślach. Snuję się pomiędzy marzeniami, odrywam się od ciała i chwilę mnie nie ma dla świata. Tyle, że ja już nie chcę tak odlatywać. Chcę czegoś rzeczywistego. Nie umiem tego znaleźć. Nie umiem szukać. Nie umiem już udawać tej siły, tak jak do tej pory. Jestem jak szkło bezpieczne. Przecież jak ktoś uderzy moją duszę, to ona rozpadnie się na kawałki, ja się rozpadnę. Ale innych nie zranię. Już zbyt wiele razy się tak rozpadałam. Nie chcę więcej.

Nie chcę się już rozpadać, słyszysz? Chodź, przytul mnie. I wtedy będzie dobrze.


Te długie chwile samotności,

Implikują działania

Niekoniecznie racjonalne

Dążące do chwilowej uciechy ciała,

Ewidentnie bez udziału

Rozumu.

Straciłam balans

Wycinki w termosie mówią, że to co czuję, nie jest słabością. Drogie wycinki- dziękuję. Uwielbiam wycinki od dawna. W tym roku na urodziny miałam kupić sobie kalendarz z wycinkami, ale poczekam go gwiazdki. Na urodziny będzie z rozmachem, a co! Zaszaleję z płytą główną do pieca…Za parę lat będę wspominać, że miałam gest. Jest szansa, że po ponad tygodniu ciepła woda wróci.

Pech można rzec. Zdarza się, kotły się psują. Jakby mało było pecha, to dziecię ma kwarantannę do końca przyszłego tygodnia. A skoro on ma, to ja mam hołm ofis. I szczerze mówiąc, nie napawa mnie to optymizmem. Nie mam cierpliwości i siły. Nie mam siebie tylko dla siebie. Kurwa, jak mi brakuje  tej równowagi. Tego balansu pomiędzy byciem dobrą matką, a byciem dobrą sobą. Nie ma balansu, jestem niedobra w obu przypadkach. Jestem zmęczona dzieckiem, jego aktywnością i jestem zmęczona sobą. Tym moim nieogarnięciem, nieposkładaniem i rozlazłością. Czuję, że moja dusza jest jakaś taka sflaczała, zszarzała. Taka nijaka. Pragnienia gasną, wzmaga się poczucie beznadziei. Tak, jakby dobre już było, a to, co przede mną nijakie.

Potrzebuję herbaty blood orange. Potrzebuję wina albo nalewki. Potrzebuję się zdystansować do rzeczywistości i znów zniknąć na chwilę. Chcę spróbować ogarnąć rzeczywistość i zrozumieć to, co się dzieje dookoła i dlaczego nie dzieje się to, czego bym chciała.

I zastanawiam się dzisiaj, po co on się odezwał dziś właśnie. Wu Te eF? Emocjonalny rozpieprz można mi zrobić w głowie tylko raz. Drugi się już nie nabiorę.

Po zmroku

Czy czujesz, kiedy Cię myślą dotykam?

Gdy moja tęsknota całuje Twe usta?

A sny, w których się z Tobą kocham,

Ach, namiętność, nocna rozpusta…

.

Lubię zasypiać z tą myślą,

Że nocą znów do mnie przyjdziesz,

Wypełnisz szeptami ciszę,

Przytulisz, a później nie znikniesz.

.

W tej ciszy, w ciepłym półmroku,

Spełniają się moje pragnienia,

A najsilniejsze, co przychodzi po zmroku,

To potrzeba ich urzeczywistnienia.